O akcji

Kim byli naziści, czyli rzecz o rozmywaniu prawdy historycznej. Nie mylmy kata z ofiarą!

Próba ucieczki od odpowiedzialności za zbrodnie drugiej wojny światowej i rozmywanie win w półprawdach, manipulacjach i kłamstwach stanowią dziś naczelne zasady niemieckiego myślenia o przeszłości. Dzięki temu słyszymy często, że obozy koncentracyjne były polskie, wojnę wywołali bliżej niezidentyfikowani naziści, a większość Niemców skupiała się na czynnym oporze wobec Hitlera i ratowała Żydów przed bandami AK-owców. Myliłby się ten, kto uznałby tego typu tezy li tylko i wyłącznie za wymysły, fantazmaty ludzi niedouczonych i pozbawionych elementarnej wiedzy. Tego typu twierdzenia regularnie goszczą na łamach zachodniej prasy, są  kopiowane w filmach i dokumentach, książkach i gazetach. Są też, o zgrozo, powtarzane przez wielkich tego świata. O „polskich obozach koncentracyjnych” mówił prezydent Obama, o odpowiedzialności Polaków za Holocaust wspominał James Comey, szef FBI. Podobne, kuriozalne i ahistoryczne wypowiedzi, zdarzały się wielu innym ważnym postaciom. To nie są jednostkowe przypadki i nie są to tylko i wyłącznie kwestie dające się ustalić w wyniku bilateralnych rozmów z Niemcami. Choroba historycznego rewizjonizmu jest znacznie poważniejsza, a jej negatywne skutki stale uderzają w dobre imię Polski.

Problem nie jest nowy

Potrzeba mocniejszego uznania naszych zachodnich sąsiadów za winnych zbrodni dokonywanych na naszych rodakach towarzyszyła wielu osobom należącym do pokolenia dzieci i wnuków tych, którzy bezpośrednio doświadczyli koszmaru II wojny światowej. Wielu z nas nie wybaczyło i nie zapomniało. Oczywiście mamy świadomość nowego kontekstu historycznego, ale gdzieś podskórnie cały czas czujemy, że to przecież Niemcy i Rosjanie są tymi, którzy na naszą ojczyznę sprowadzili hekatombę cierpienia. Dla wielu z nas to właśnie to cierpienie narodu stało się źródłem polskości. Powstanie Warszawskie, kampania wrześniowa, Piaśnica, ofiary obozów koncentracyjnych, likwidacja inteligencji, zniszczenie instytucji kulturalnych, wreszcie całkowity plan przekształcenia naszego narodu, traktowanego jako gorsza rasa, w niewolników. To są dla nas symbole naszej tożsamości.

My pamiętamy, że w wyniku niemieckich zbrodni zostało zamordowanych 2,77 milionów Polaków. Wiemy, że do tych strat należy doliczyć ponad 100 tys. Polaków pomordowanych w latach 1942-1945 przez nacjonalistów ukraińskich (w tym na samym Wołyniu ok. 60 tys. osób). Mamy świadomość, że liczba Żydów i Polaków żydowskiego pochodzenia, obywateli II Rzeczypospolitej, zamordowanych przez Niemców sięga 2,7- 2,9 mln osób (w tym w obozach śmierci 1 860 000 osób; w samych Ponarach zginęły 72 142 osoby). W sumie, z rąk Niemców zginęło ok. 5 470 000-5 670 000 Polaków i Żydów, obywateli polskich. Pamiętamy o nich.

Choć dla polepszenia stosunków z Niemcami zrobiono bardzo dużo i choć dziś jesteśmy w zupełnie innej sytuacji geopolitycznej, zdając sobie sprawę z konieczności symbiozy z naszymi sąsiadami, to mamy też świadomość tego, jak krucha jest relacja, która nas łączy. Zwłaszcza wówczas, kiedy weźmie się pod uwagę fakt, że nasze wzajemne relacje coraz częściej przypominać zaczynają niemal kolonialną politykę zawłaszczania kolejnych przestrzeni naszej wolności. Z przyczyn ekonomicznych zgodziliśmy się na zależność gospodarczą. Z przyczyn nieustannego zagrożenia przez Rosję, zgodziliśmy się na zależność wojskową. Z powodu słabości naszych elit zgodziliśmy się nawet na to, że dziś część decyzji dotyczących Polski podejmowanych jest poza Polską. Nie możemy się jednak zgodzić na to, żeby kolejnym zawłaszczonym elementem naszej wolności była historia. Nie możemy, bo mamy świadomość tego, że historia i stereotyp wrogości i animozji polsko-niemieckich i niemiecko-polskich może stać się kolejną iskrą poróżniającą nasze narody. Już w przeszłości do tego, aby podsycać wzajemną nienawiść miedzy Polakami i Niemcami używano radia, prasy i filmu. Tak czyniono niemal przesz cały okres dwudziestolecia wojennego. Nie wolno pozwolić na to, aby historia się powtórzyła.

Niezgoda na kłamstwo

Nie sposób wymienić tu wszystkich kłamstw, które pojawiły się w dyskusji o historycznej odpowiedzialności za zbrodnie II wojny światowej. Dla budowaniu poczucia wstydu z polskości  zrobiono bardzo wiele, a wokół myślenia o „polskości jako nienormalności” zbudowano całe ideowe obozy kłamców i hochsztaplerów. Ich motywacje były bardzo różne, począwszy od ucieczki od własnych lęków, aż po charakterystyczną dla niektórych próbę przypodobania się możnym tego świata. Nie ma sensu przywoływać tutaj wszystkich przewin tego środowiska. Ci czytający, którzy będą znali kontekst tej sprawy, świetnie wiedzą kogo autor ma na myśli. Problemem nie jest jednak tylko kilku redaktorów piszących do przeżywającej aktualnie trudne czasy gazety. Problemem nie jest nawet pokaźna rzesza ich ideowych spadkobierców. Sprawa jest znacznie poważniejsza i wynika wprost ze świadomej, niemieckiej polityki historycznej.

Choć termin „polskie obozy koncentracyjne” po raz pierwszy pojawił się w 1944 roku w amerykańskim magazynie "Collier's", w artykule informującym o raportach Jana Karskiego, to termin ten był później wiele razy powielany. Wiele w tym było niewiedzy i braku świadomości, ale jeszcze więcej planowanej i celowej polityki historycznej, którą świadomie od lat budują Niemcy. Apoteozę tego rodzaju myślenia najpełniej widać było podczas organizowanych w Niemczech uroczystości 70. rocznicy zakończenia działań wojennych. To wówczas prezydent Joachim Gauck dziękował poległym żołnierzom radzieckim, za to że ci wyzwolili ich spod jarzma nazistów. Tu nie ma przypadku. W kolejnym przemówieniu podczas tej uroczystości Angela Merkel nie użyła słowa „Niemcy” ani razu. Za II wojnę światową winę ponoszą bowiem nie Niemcy, ale właśnie „naziści”, którzy zniewolili, omamili i oszukali dumny naród niemiecki. Prawda jest oczywiście zupełnie inna. Niemcy, którzy bardzo chcieliby dzisiaj uciec od swoich traum, nigdy nie dokonali realnej i prawdziwej denazyfikacji. Wewnętrznego rozliczenia ze zbrodniarzami nie było, wielu członków NSDAP trafiało do nowych, powojennych niemieckich urzędów i tam budowało nową przyszłość.

Zmiany przyniósł dopiero rok 1968, wraz ze swoją rewolucją kulturową, która nawoływała do „przewietrzenia zaduchu”. Ale były to zmiany pozorne, bo szybko podniosły się głosy, że pierwszą ofiarą Hitlera byli właśnie Niemcy. Już po zjednoczeniu Niemiec doszły do tego historie o „Wypędzonych” i sowieckich zbrodniach, których dokonywano na terytorium III Rzeszy. Do tego wszystkiego dołożono historie o „dobrych Niemcach”, którzy nawet jeśli służyli złu, to zachowywali w sobie duszę i ducha wielkiego narodu. Masowo zaczęły powstawać filmy, książki i artykuły o „dobrych Niemcach” i o „złych Polakach”. Bo przecież Wyklętym też zdarzały się zbrodnie, a Niemcom postawy szlachetne. Tak w istocie było, nikt tego nie neguje. Problemem jest co innego, czego niektórzy nie potrafią dostrzec. Problemem jest skala zjawiska. Nasi zbrodniarze byli marginesem, a końcem ich drogi była kara śmierci z rozkazu dowódców tępiących takie postawy. U Niemców marginesem były postawy prawe, a końcem drogi dla szlachetnych była kara śmierci wydana przez strażników ówczesnego niemieckiego porządku.

Wzorujmy się na Żydach

– W takich sprawach trzeba ostro reagować. Trzeba przyzwyczaić innych, że tak nie można mówić. To tworzy na przyszłość mit antypolski, tak głęboki i niesprawiedliwy, że w przyszłości młodzi Polacy będą czuli na swoich plecach poczucie winy – tak komentował pojawienie się w rosyjskich mediach określenia „polski obóz koncentracyjny Sobibór” prof. Szewach Weiss, były ambasador Izraela w Polsce. Rada tego mądrego przyjaciela Polski jest niezwykle cenna i uniwersalna. Trzeba ją stosować stale, kiedy ktoś kłamie na temat przeszłości i fałszuje historię.

A przykładów takiego zachowania jest mnóstwo. Niemiecki serial "Nasze matki, nasi ojcowie", wyemitowany przez TVP, przedstawiał polskich żołnierzy Armii Krajowej jako antysemitów. W jednej ze scen filmu zatrzymany jest niemiecki pociąg. Kiedy okazuje się, że przewożeni są w nim Żydzi, Polacy zamykają wagony i zostawiają ich na pewną śmierć. Niemal identyczne kłamstwa zdarzają się także niemieckim historykom. Wystarczy przypomnieć tutaj wydaną w 2010 roku broszurę "Żydowskie życie w Niemczech", wydaną przez niemiecką Federalną Centralę Kształcenia Politycznego. To w tej służącej za podręcznik książce, którą wydrukowano w liczbie 800 tysięcy egzemplarzy, niemiecki historyk prof. Arno Herzig pisał m.in. o tragedii "więźniów polskich obozów koncentracyjnych” i o „polskim antysemityzmie”, który jest rzekomo częścią naszej tradycji. Kiedy zainterweniowała polska ambasada, Niemcy obiecali, że zrobią porządek z kłamliwą publikacją. Zmienili sporne części w elektronicznej wersji swojego podręcznika, ale wydrukowane wcześniej egzemplarze nie doczekały się erraty i pozostały niezmienione w bibliotekach.

Podobnie niewłaściwie zachowano się w przypadku innego kłamstwa, na które zareagował Karol Tendera. Ten były więzień niemieckiego obozu koncentracyjnego w Auschwitz podał telewizję ZDF w 2015 roku do sądu. Polak nie mógł się zgodzić na użycie w informacji o planowanej emisji programu dokumentalnego określenia „polskie obozy śmierci”. Po sądowej batalii Karol Tendera wygrał proces, ale przeprosiny ZDF-u były kuriozalne. Umieszczono je na samym dole strony internetowej, w taki sposób, że większość internautów nie miała szansy się z nimi zapoznać. Wówczas do akcji wkroczyli polscy internauci, którzy nie godzą się na fałszowanie historii.

Dzisiejszy - dramatycznie zły - stan wiedzy historycznej większości młodych ludzi na Zachodzie Europy, może w przyszłości doprowadzić do sytuacji, w której to, co dziś jest oczywiste wkrótce stanie się zupełną abstrakcją. Już dziś część młodych ludzi w Wielkiej Brytanii myli I wojnę światową z wojnami napoleońskimi i nie zna podstawowych faktów dotyczących udziału Brytyjczyków w II wojnie światowej. A co dopiero wiedza o Polsce, która wciąż traktowana jest w kategoriach dalekiej i nie do końca ucywilizowanej prowincji. Oczywiście ta globalna niewiedza stanowi wodę na młyn dla państw, które prowadzą świadomą politykę historyczną, często przekłamując historię dla własnych celów i korzyści. To dlatego dziś łatwiej jest znaleźć w zachodniej prasie informację o tym, że Polacy zajmowali się grabieniem złota w miejscach, w których „naziści” grzebali mordowanych Żydów, niż o tym, że to Polacy stanowią najliczniejszą grupę „Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata”. Za pierwszą informację winę ponosi książka Jana Tomasza Grossa wydana w 2011 roku na temat powojennych losów mienia pożydowskiego w Polsce, za drugą długoletnie zaniedbania i brak polityki historycznej prowadzonej w sposób świadomy i konsekwentny. Na szczęście teraz zaczyna się to zmieniać i w końcu odważnie prowadzimy walkę o prawdę dotyczącą naszej przeszłości. Warto to robić, bo przecież stawką tej walki jest nasza przyszłość.